List Szczęsnego Felińskiego do Teofila Januszewskiego, wuja Juliusza Słowackiego, 7 kwiecień 1849

Feliński poznał Słowackiego (1809-1849) w styczniu 1848 r. w Paryżu. Źródłem ich bratniego stosunku była przyjaźń ich matek w Krzemieńcu. Szczęsny przylgnął całym sercem do poety, a ten darzył go wyjątkowym zaufaniem. Razem na odgłos Wiosny Ludów pospieszyli do Poznania, by wziąć udział w powstaniu: Słowacki - piórem, Feliński w szeregach partyzanckich. Po jego klęsce powrócili do Paryża, skąd Feliński udał się do Ischl i Monachium, by zająć się wychowaniem synów Elizy i Zenona Brzozowskich. W rok później, 3 kwietnia 1849 r. Słowacki zmarł na rękach Felińskiego w Paryżu.
W liście tym, skierowanym do wuja poety, ale przeznaczonym dla jego matki Salomei Słowackiej-Becu, Szczęsny podaje szczegóły o ostatnich chwilach Juliusza, o jego zgonie w dniu 3 kwietnia 1849 r. oraz o pogrzebie.
Istnieje powszechne przekonanie, że dzięki wpływowi Felińskiego, uważanego w Paryżu za człowieka głęboko religijnego, Słowacki zbliżył się do Boga i zmarł prawdziwie po chrześcijańsku. Śmierć wieszcza narodowego i na Felińskiego wywarła wielki wpływ. Przy grobie poety, z refleksji nad minionym życiem, dojrzało jego powołanie kapłańskie.


Ostatnie chwile Juliusza Słowackiego

Paryż, 7 kwietnia 1849 r.

Szanowny Panie!

Serce mi się rozdziera, myśląc, jak bolesny cios list ten przyniesie Państwu, a szczególnie pani Salomei. Niemiło to być zwiastunem nieszczęścia i chętnie komu innemu ten obowiązek bym ustąpił, ale będąc jedynym Polakiem, który był świadkiem ostatnich chwil naszego Juliusza, uważam sobie za powinność udzielić Panu tych szczegółów.

Tak, Juliusz już nie żyje! Ale jeżeli co pocieszyć nas może po tej stracie - to jego zgon prawdziwie chrześcijański. Śmierć jego tak lekka, tak piękna się wydawała, że mimowolnie wyrywała się modlitwa do Stwórcy o zgon podobny.
Przyjechawszy przed dwoma tygodniami do Paryża, znalazłem Juliusza nadzwyczaj zmienionym. Przyjął mię tymi słowy: "Dobrze, żeś przyjechał, nie będę tak samotny w ostatnich chwilach, bo już się wszystko kończy, Pan Bóg mię wzywa do siebie". Sądziłem, że to jeden z ataków, jakie miewał dawniej i że wiosna mu ulgę przyniesie. On tak mało mówił o swoim zdrowiu i chociaż po nocach nie sypiał, i często cierpiał mocno, w dzień jednak był trzeźwy i czynny jak dawniej.

Pierwszego kwietnia, kiedym przyszedł do niego, powiedział mi, że w nocy tak mu źle było, iż dnia nie spodziewał się dożyć. Pytał, czy nie znam jakiego ubogiego rodaka, który by chciał sypiać u niego, gdyż czuje, że śmierć się zbliża, a wolałby, żeby mu oczy zamknął rodak niż obcy. Prosiłem, aby mi pozwolił przenieść się do siebie, ale nie przyjął tego, nie chcąc odrywać mnie od moich obowiązków. A kiedym nalegał dłużej, powiedział, że później pomówimy o tym. Wreszcie dodał: "Może mię Bóg tak jakoś przeniesie!"

Nazajutrz mówił mi, że zaczął przepisywać swój nie wydany jeszcze poemacik, ale tak mało ma siły, że musiał zaprzestać. Prosiłem, aby mi dyktował, co też przyjął; i tak jedną część napisaliśmy, ale i to już go męczyło, więc resztę odłożyliśmy na później. Żegnając się polecił mi, żebym był u księdza Praniewicza, i zapytał go, czy może przyjść z Sakramentami do niego.
Trzeciego kwietnia, we wtorek, uprzedziłem księdza i przyszedłem do Juliusza zapytać, kiedy chce się spowiadać. Zastałem u niego Francuza Petiniaud, z którym Juliusz od dwóch lat był w zażyłości i który od czasu choroby co dzień go nawiedzał; ten mi powiedział, że Juliusz bardzo źle noc przepędził, a chociaż z rana wstał i chodził, jednak tak go to męczyło, że koło dziesiątej zemdlał i zdawało się, że już skończył. Ja zastałem go w łóżku, ale już przytomnego zupełnie. Zapytałem go o zdrowie. Powiedział, że ma teraz gorączkę, która go utrzymuje przy siłach, ale czuje się bardzo słabym. Zapytał o księdza i chciał, abym go natychmiast wezwał. W pół godziny przywiozłem księdza, który pomówiwszy z nim trochę, poszedł do kościoła po Sakramenta.

Tymczasem Juliusz, widząc nas rozrzewnionych, wziął mię za rękę i głosem przerywanym, ale wyraźnym i spokojnym, powiedział te kilka wyrazów, które w pamięci głęboko zachowałem: "Powiedz mojej matce, że nic do niej nie napisałem, bo tych rzeczy pisać nie można; ale szczęśliwy jestem, że dziś - jakby na pożegnanie - list jej odebrałem i z myślą o niej umieram".

Po chwili milczenia wzniósł oczy w górę i tonem jeszcze uroczystszym mówił dalej: "Wiara w nieśmiertelność ducha i sprawiedliwość Bożą jest nowym darem Stwórcy nam udzielonym. Ta wiara tylko pozwala spokojnie śmierć przyjąć. Dotąd przeczuwano, że Bóg jest sprawiedliwy, przypuszczano istnienie mnóstwa sztucznych kółek, za pomocą których Bóg wynagrodzi kiedyś niesprawiedliwość i cierpienie tego żywota.

Ale dziś ja ufam w sprawiedliwość Bożą, bo ją pojmuję; tak ufam, że gdybym mógł powierzyć ducha mego w ręce matki, aby ona wynagrodziła go stosownie do zasług, nie oddałbym go z taką ufnością, z jaką dziś oddaję w ręce mego Stwórcy. Wszak prawda? Gdziekolwiek ostatnia godzina cię zastanie, czy na wysokim urzędzie, czy w skromnym wiejskim domku, czy w własnym dworze - przyjmiesz wolę Bożą spokojnie i z godnością, jak nieśmiertelnemu duchowi przystoi".

Wtem ksiądz powrócił, a kiedy po spowiedzi ofiarował mu Najświętszy Sakrament, Juliusz wstał o własnej mocy i ukląkł na łóżku, potem przyjął Ostatnie Namaszczenie z zupełną przytomnością i modląc się ciągle. Po sakramentach gorączka opuściła go zupełnie, oczy się rozjaśniły i na pogodnej twarzy uśmiech się ukazał tak łagodny i ujmujący, że nie można było oderwać wzroku od tego oblicza cudownie pięknego świętym zachwyceniem. Po chwili takiego skupienia wewnętrznego, wyciągnął ręce do nas i z łagodnym uśmiechem powiedział: "Niech będą dzięki Stwórcy, że pozwolił mi przed zgonem przyjąć Sakramenta; myślałem często o tym, czy też tej łaski dostąpię".

Potem wypił trochę gorącej herbaty i prosił, żebyśmy go zostawili, gdyż chciał spocząć. Wyszliśmy do drugiego pokoju, ale drzwi były otwarte i widzieliśmy jak zamykał oczy na chwilę i jakby lękając się, żeby to nie był sen ostatni, otwierał je nagle. Oddech jego był trudny i chrapliwy. Widząc, że nie śpi, weszliśmy znowu. Prosił o trochę wina czerwonego, które już z trudnością połykał. Potem kazał mi przynieść książkę, z której mi w wilię dyktował, i pokazywał mi, w jakim porządku potrzeba dalej przepisywać, ale nie doszedłszy do końca, zamknął ją, mówiąc z uśmiechem: "Wszystko to głupstwo!" Potem prosił, żeby go posadzić w innej pozycji, a kiedy to uskuteczniliśmy, powiedział zawsze z uśmiechem: "Może to w tym położeniu śmierć mię zastanie". Potem zamilkł, ale często spozierał na zegarek, jakby chciał wiedzieć, o której godzinie do wieczności się przenosi.
Przed samym zgonem wyciągnął do nas ręce, i zrobił znak, że chce wstać, lecz zaledwieśmy go podnieśli, obfity pot zaczął prawie lać się z jego twarzy, i całe ciało mocno drżeć poczęło. Oddech był coraz cięższy, trudniejszy i powoli słabł, oczy na wpół się zamknęły i mgłą zaszły. Podtrzymywałem mu głowę, a Petiniaud nacierał mu puls i skronie, ale już nic nie pomagało; po chwili oddech ustał i serce bić przestało.
Wszystko się skończyło, już nie żył!
Kiedy pierwsza boleść się uspokoiła, zamknąłem mu oczy i poleciłem Bogu ducha jego.

W komodzie, od której klucz miał w ręku, znaleźliśmy testament, jeszcze przed dwoma miesiącami napisany, gdzie matkę swoją i Pana robi jedynymi dziedzicami swymi, a Petiniaud wykonawcą testamentu. W drugiej notatce były szczegółowe rozporządzenia rzeczy i pogrzebu.

Dnia piątego kwietnia odbył się pogrzeb Juliusza na cmentarzu Montmartre, i grób jego wypadł dziwnym przypadkiem naprzeciwko grobu Izydora Sobańskiego.
Kilkudziesięciu Polaków odprowadziło zwłoki na cmentarz i łzami swymi uczciło po raz ostatni pamięć człowieka, którego stratę cała Polska uczuje. Zapewne Petiniaud odeśle Panu pukiel włosów, które odcięliśmy zaraz po śmierci dla matki; zrobił także portret jego pośmiertny, który zapewne będzie litografowany.

Sił mi nie staje, pisać dalej o stracie, którą tak mocno uczułem. Był on dla mnie więcej, niż przyjacielem.

Żegnam więc Pana.
S. F.