Pamiętniki św. Zygmunta Szczęsnego (6)

Serdeczna przyjaźń połączyła odtąd te dwie gorące dusze, których ani zła, ani dobra dola nie rozdzieliły odtąd nigdy. Sędziwy ojciec również bezwarunkowo przyłączył się do Związku, zjednoczenie zaś Szymona z tą rodziną umocniło się nowym jeszcze, osobistym już węzłem, miłością jego mianowicie dla Emilii, która czcząc w nim zarówno człowieka jak patriotę, serce mu też całkowicie i na zawsze oddała. Nie czyniono z tego tajemnicy, gdyż sama Emilia pragnęła, by w najbliższym kółku patriotów wiedziano o tym, że została narzeczoną Szymona. Odtąd liczba związkowych szybko wzrastać poczęła, wpływy bowiem, a zwłaszcza przykład Michalskich wahających się nawet pociągały. Antoni Beaupreq, Kasper Maszkowski, Piotr Borowski przynieśli sprzysiężeniu niespożyty zasób energii i poświęcenia. W celu ostatecznego uregulowania organizacji Związku sprzysiężeni zjechali się w Berdyczowie na onufrejskim jarmarku i tu jednomyślnie obrano Konarskiego naczelnikiem Związku, za cel zaś jego działalności postawiono pracę gorliwą nad oświatą i dobrobytem ludu, połączoną z budzeniem we wszystkich klasach społeczeństwa miłości ojczyzny i pragnienia jej oswobodzenia. Uchwalono też założenie ludowego dziennika, do redakcji którego weszły najprzedniejsze literackie siły Związku, że zaś drukowanie w kraju było niemożebne, kobiety przeto i mniej uzdolnioną młodzież przeznaczono do przepisywania owego dziennika, by w jak największej liczbie egzemplarzy rozchodzić się mógł po kraju.

Matka moja została zamianowana na tym zebraniu sekretarką do korespondencji zagranicznej, która prowadziła w ten sposób, iż między wierszami obojętnej treści, zwyczajnym skreślonym atramentem, pisała krochmalem to, o czym chciała zawiadomić, litery zaś występowały dopiero po zwilżeniu ich jodyną. Odległość trzymilowa od poczty i trudność komunikacji utrudniały niezmiernie mojej matce wywiązywanie się z obowiązku tego w Wojutunie, a że i wychowanie synów w moskiewskich szkołach wcale nie odpowiadało jej życzeniom, z całą przeto rodziną przeniosła się na stale mieszkanie do Krzemieńca, gdzie grono dość liczne dawnych licealnych profesorów umożebniało polskie wychowanie. Było to na wiosnę 1837 roku i tu po raz pierwszy ujrzałem Konarskiego. Był to średniego wzrostu i średniej tuszy blondyn, regularnych rysów, o błękitnych, ale ognistych oczach; mówił płynnie i z wielkim zapałem, pięknie też śpiewał i grał na flecie, a że był młody, śmiały i silnie zbudowany, posiadał przeto te wszystkie przymioty, które podbijają serca. Jakkolwiek miałem wówczas zaledwie lat czternaście, a brat mój starszy szesnaście, dopuszczono nas jednak, wprawdzie nie do tajemnic, ale do udziału w robotach Związku. Konarskiego zaś znaliśmy tylko pod imieniem Janusza Hejnowicza, domyślając się wszakże ważności roli, jaką odgrywał w sprawie narodowej. Uwielbienie moje dla jego osoby było tak wielkie, że gdy mię raz wysyłał do miasta w jakimś pilnym interesie i dla pośpiechu podał mi własną czapkę, to myśl noszenia jej na mej głowie napełniła mię taką dumą, jakiej nie poczułbym zapewne, gdyby najpotężniejszy nawet z monarchów uwieńczył me czoło własną koroną. Toteż uczucia nasze patriotyczne były tak wówczas wyegzaltowane, że gdy jeden z kolegów naszych krzemienieckich, Józef Mikułowski, zwierzył się nam, że krewny jego Frankowski rozpoczyna partyzantkę, on zaś do oddziału jego zdąża, my oba z bratem błagaliśmy, by nas z sobą zabrał, i na jego żądanie wykonaliśmy przysięgę zachowania przed matką nawet tajemnicy. Mikułowski wciągnął też do swych zamiarów Tomasza Jełowickiego, ten zaś nie miał serca opuścić domu potajemnie, wyznał więc rzecz całą swym rodzicom, ci zaś uprzedzili mą matkę w przeddzień wyruszenia naszego do oddziału. Wezwani przez matkę Beaupre i Maszkowski, którzy posiadali całe nasze zaufanie, pochwaliwszy gotowość naszą poświęcenia się dla ojczyzny, uręczali nas, że gdy nadejdzie chwila ofiary, sami nas do niej zawezwą, obecnie wszakże szkodę by tylko przyniosło sprawie narodowej nieroztropne porwanie się do broni. Zapobieżono przeto dziecinnemu wybuchowi, nie osłabiając uczuć naszych i naszego zaufania, w nagrodę zaś naszej gotowości do poświęcenia wtajemniczono nas nieco głębiej w zamiary sprzysiężonych.

Jednym z najskuteczniejszych środków propagandy było rozszerzanie pism ulotnych, traktujących w sposób popularny bieżące kwestie narodowe i społeczne; o treść tego rodzaju artykułów nie było trudno, gdyż do Związku przystąpiło już wielu zdolnych i wykształconych ludzi; konieczność jednak przepisywania każdego egzemplarza tak utrudniała propagandę, że założenie własnej tajemnej drukarni uznane został przez sprzysiężonych za naglącą potrzebę. Na odbytej w Krzemieńcu naradzie ułożono cały plan praktycznego wykonania tego postanowienia. W niedostępnych poleskich borach, niedaleko od majętności Rodziewicza była do wydzierżawienia mała wioska z dość obszernym dworem o gospodarskimi zabudowaniami, odpowiadająca wszystkim warunkom bezpieczeństwa i swobody. Majętność tę miała wydzierżawić moja matka, ja zaś z bratem Alojzym mieliśmy się zająć techniczną częścią drukarni. Dla należytego wykształcenia się na zecerów poczęliśmy wnet uczęszczać do policealnego typografii, nabytej przez Włocha Milo, i tam ćwiczyliśmy się codziennie w czekającym nas zatrudnieniu. Najtrudniejsza część przedsięwzięcia – sprowadzenie mianowicie maszyn i czcionków – przyjął na siebie sam Konarski, mający liczne stosunki za granicą; chodziło tylko o znalezienie zaufanego pośrednika, który nie ściągając podejrzenia rządu, mógłby otrzymać wysłane z Genewy przedmioty.

Za najodpowiedniejszą ku temu osobistość uznany został wileński zegarmistrz Duchnowski, mąż nieposzlakowanej prawości i od roku należący już do sprzysiężenia. Z powodu swego handlu miewał on ciągle stosunki z Genewą, rozebrane zaś na sztuki machiny łatwo uchodzić mogły w oczach policji za zegarmistrzowskie narzędzia. Po ułożeniu tego planu przystąpiono niezwłocznie do jego wykonania. Rodziewicz wyrobił paszport do Wilna dla siebie i Konarskiego pod imieniem swego służącego i własnym powozem, a pocztowymi końmi puścili się w drogę. Przybywszy bez wypadku do Wilna, zatrzymali się w prywatnym mieszkaniu u jednego ze związkowych i wnet Konarski udał się do Duchnowskiego. Zastawszy w jego magazynie kogoś z kupujących, rozerwał nieznacznie łańcuszek swego zegarka i prosił o naprawę, skoro zaś obcy wyszedł, oświadczył, iż ma z nim do pomówienia i naznaczył winiarnię Rosenthala, jako miejsce schadzki. Żyd Rosenthal miał brata w Genewie, któremu Konarski ważną wyświadczył usługę; wywdzięczając się za to, dał mu też list polecający do Wilna, w którym prosił brata, by dlań uczynił wszystko, co będzie w jego mocy. Konarski nie zrobił dotąd użytku z tego listu, miał go jednak przy sobie na wypadek potrzeby i dlatego obrał tę winiarnię na miejsce schadzki. Skoro obaj sprzysiężeni znaleźli się w osobnym na górze pokoiku, kazali sobie podać butelkę wina i przystąpili do narady nad sprawą drukarni. Nie wiedzili, iż w ostatnich czasach zaszły okoliczności, czyniące podobną schadzkę więcej niż niebezpieczną. Rosyjska mianowicie ambasada w Paryżu dowiedziała się przez swych szpiegów, że Konarski od trzech lat spiskuje w kraju i mnóstwo już osób wciągnął do sprzysiężenia. Udało się nawet usłużnym agentom despotyzmu znaleźć jego portret, który razem z tym ważnym zawiadomieniem poseł przesłał wraz cesarzowi. Otrzymawszy to ostrzeżenie, zatrwożony autokrata pospieszył wnet do Wila, a gdy ówczesny jenerał-gubernator Litwy, książę Dołhorukij, upewnił monarchę, że kraj cały spokojny i o żadnych nie marzy rozruchach, cesarz pokazał mu sprawozdanie posła i portret Konarskiego, ostrzegając że straci posadę, jeśli tak niebezpiecznego konspiratora nie wyśledzi. Zawezwany do pomocy policmajster zebrał wnet wszystkich agentów tajemnej policji, niemniej jak właścicieli szynków, kawiarni i oberży, a ukazawszy im portret emisariusza, zapowiedział, iż kto by obaczył tego buntownika, a nie oznajmił wnet o nim policji, ten sam jako buntownik karany wnet będzie. Gdy pod wrażeniem tej groźby Rosenthal ujrzał Konarskiego, uderzyło go wnet podobieństwo do portretu; nie chcąc więc ściągać na siebie odpowiedzialności, oznajmił niezwłocznie o swym podejrzeniu policmajstrowi, ten zaś wysłał na miejsce tajemnego agenta z rozkazem niespuszczania z oka owego nieznajomego. Skoro szpieg wszedł do pokoju, gdzie rozmawiali sprzysiężeni, Konarski zaraz odgadł jego zamiary, lecz zamiast sprowadzić rozmowę na przedmiot obojętny, począł głośno narzekać na moskiewskie prześladowania, dziwiąc się, że Polacy tak cierpliwie je znoszą. Przerażony tą mową Duchowski porwał za czapę i nie pożegnawszy się uciekł, Konarski zaś, pozostawszy sam na sam ze szpiegiem, zbliżył się doń poufale i rzekł jakby do najlepszego przyjaciela:

– Stracona praca, tchórz i zakuta głowa, żadna argumenta nań nie działają.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zagadnął szpieg zdziwiony.
– Przecież tego samego jesteśmy rzemiosła – odparł spokojnie Konarski. – Myślałem, że coś z tego głupca wydobędę, gdyż mówią o nim jak o patriocie, ale na próżno zapłaciłem butelkę heresu, nic nie powiedział i, jak zdaje się, nic nie wie. Ale rad jestem, żem tu spotkał kolegę, bo mam do załatwienia nierównie ważniejszą sprawę, której sam nie podołam. Wykryłem schronienie Konarskiego i jeśli mi pomożesz do jego pojmania, to chętnie podzielę się z tobą obiecaną nagrodą. A czy masz rewolwer?
– Nigdy na ulicę nie wychodzę bez broni.
– W takim razie plan kampanii będzie bardzo prosty: mieszkanie, gdzie się ukrywa, ma podwójne wejście, oba muszą być strzeżone. Ty staniesz od ulicy, ja zaś zajdę z dziedzińca i wejść spróbuję. Jeśli mię wpuści, to musi się poddać, bo mu pistolet do łba przyłożę, jeśli zaś spróbuje drugim wejściem uciekać, to spotka go to samo od ciebie.

Szpieg dał się złapać na tę propozycję i zgodził się na warunki. Konarski zaprowadził go do znanej sobie kamienicy z dwoma wejściami, postawił go u drzwi głównych, sam zaś wszedł na dziedziniec i wymknął się na inną całkiem ulicę. Szpieg czekał zrazu z ufnością, chwytając za pistolet przy każdym hałasie na schodach, następnie począł się niecierpliwić, wreszcie domyślił się podstępu i wściekły poleciał do policmajstra. W jednej chwili cała policja stanęła na nogi, rewidowano dom po domu, ulicę po ulicy, nie oszczędzano ani kościołów, ani nawet sklepów grobowych; trzy dni trwały poszukiwania, do żadnego nie doprowadziwszy rezultatu. Wściekał się Dołhorukij, drżał o swą skórę policmajster, zamęczano do upadłego policję i żandarmów, ale wszystko na próżno: ptaszek trzymany już w klatce umknął i ślad po nim zaginął. Tymczasem Konarski, wyprowadziwszy w pole szpiega, udał się wprost do kliniki zostającej pod zarządem należącego do Związku profesora Mianowskiego i prosił o niezwłoczne położenie do łóżka jako chorego. Mianowski umieścił go w osobnym pokoju, dla bogatszych przeznaczonym, i opiekę nad nim polecił należącym też do sprzysiężenia studentom, którzy nie tylko nikogo obcego doń nie wpuszczali, lecz zawiadamiali go o wszystkim, co się działo w mieście. Skoro rewizje domowe ustały, a znękana próżnymi poszukiwaniami policja ręce ze zwątpieniem opuściła, zabrano się do wywiezienia Konarskiego z Wilna. Rozpuściwszy w klinice wieść o śmierci chorego, za którego on uchodził, przygotowano wszystko do pogrzebu, a urządziwszy w trumnie dostateczny dla powietrza otwór, zabito wieko i skromnym karawanem wywieziono mniemanego nieboszczyka na cmentarz, dopuściwszy samych tylko sprzysiężonych do pogrzebowego konduktu. Skoro ściemniało, uwolniono Konarskiego z trumny, na trakcie zaś przechodzącym obok cmentarza czekał już z powozem Rodziewicz i wnet ukrył pod fartuchem drogiego towarzysza. Przybywszy bez wypadku na pierwszą za miastem pocztową stację, powóz się zatrzymał, aby zmienić konie. Rodziewicz wysiadł, by przedstawić pisarzowi podorożną i naglić o konie, gdy jednak nie wracał i koni długo nie zaprzęgano, Konarski się zaniepokoił i wyjrzał spod fartucha. Ten ruch nieszczęsny zgubił wszystkich sprzysiężonych. Wyprzężony powóz stał na drodze tuż przed gankiem pocztowego domu, oświecony światłem palącej się wciąż latarni. Wskutek rozporządzenia władz rządowych na każdej stacji poztowej w okolicach Wilna czuwało nad przyjeżdżającymi dwóch żandarmów, zmieniających się kolejno we dnie i nocy. Żandarm dyżurny siedział właśnie na ganku i wzrok miał zwrócony na powóz w chwili, kiedy głowa Konarskiego wychyliła się spod fartucha. Jak tygrys drapieżny rzucił się wnet chciwy nagrody żołdak na upatrzoną zdobycz i zerwaszy fartuch, wrzasną tryumfująco: „A tyś coś za jeden?” Na próżno zagadnięty ukazał swój paszport jako lojak Rodziewicza, żandarm zwrócił drwiąco uwagę na tę okoliczność, że lokaj spokojnie siedzi w powozie, podczas gdy pan sam się krząta koło koni. Podobieństwo zwłaszcza kryjącego się podróżnego do widziane w Wilnie portretu usuwało ze strony policji wszelkie wahanie, tak że pochwycono wnet Konarskiego i w towarzystwie dwóch żandarmów kurierskimi końmi powieziono do Wilna. O Rodziewicza nikt się nie troszczył i nie było nawet domu go pilnować, tak że bez żadnej przeszkody mógłby się ratować ucieczką, jednak tak stracił przytomność czy tak mało znał siebie, że pozostał dobrowolnie na stacji i doczekał się tego, że przysłani z Wilna inni żandarmi zaaresztowali go i osadzili w tymże, co i Konarskiego, więzieniu.

www.katolik.pl